Spłaszczenia nie było

środa, 1 Lipiec, 2020 - 07:00

Felieton • Czy jestem zadowolony z wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich? Nie do końca. Na pewno bardzo cieszy rekordowa frekwencja. Rzeczywiście chyba rodacy dojrzeli do demokracji. Co prawda wciąż nie wszyscy i zbyt wielu z nas jeszcze do wyborów nie idzie, ale już ponad połowa, więc tendencje są bardzo optymistyczne. Jeśli zaś chodzi o kandydatów, zdziwienia nie było. Wygrał żelazny faworyt do zdecydowanego zwycięstwa w pierwszej turze. Jednak z wyborami prezydenckim wszyscy chyba mamy mały kłopot. No bo co z tego, że pierwsza tura wygrana, ale i tak można być największym przegranym w przypadku niepowodzenia w drugiej turze, która przez wielu nazywana jest tymi „prawdziwymi wyborami”.

Powiem szczerze, że liczyłem na pewne przełamanie polskiego impasu. I wcale nie mam tu na myśli żadnego z kandydatów personalnie. Nie uważam bowiem, że gdyby wygrał Rafał Trzaskowski, albo Robert Biedroń czy nawet Władysław Kosiniak-Kamysz, to polski impas, jakaś taka powszechna polityczna niemożność i sklinczowanie sceny politycznej zostałyby przełamane. Nic z tych rzeczy. Wciąż uważam, że polskiej scenie politycznej jest potrzebny trzeci albo może i czwarty silny gracz, że z tego POPIS-u nic już naprawdę dobrego nie będzie. Dlatego liczyłem na pewne spłaszczenie stawki. Co mam na myśli? Po prostu to, że wyborcy zagłosują nieco szerzej niż tylko na dwóch głównych aktorów kolejnej wyborczej bitwy w tej coraz głupszej wojnie polsko-polskiej.

Spłaszczenie byłoby naprawdę dobre, bo wszystkich tych lecąc po kolei wybrańców i zbawców narodu polskiego nauczyłoby pokory, szacunku i wielu innych rzeczy w stosunku do kontrkandydatów ale i wyborców. To byłby taki symboliczny pstryczek zadany przez społeczeństwo prosto w nos politycznych elit. To byłaby taka symboliczna żółta kartka – ostrzeżenie, że jeśli się nie poprawicie, wylecicie z „boiska”. Pomyślcie co by się działo, gdyby tak trzech-czterech kandydatów otrzymało powiedzmy po około 20% poparcia, a kolejnych dwóch po kilkanaście procent! Wówczas „chłopaki” po prostu musieliby usiąść do stołów żeby ze sobą zacząć na poważnie rozmawiać. Musieliby się spotkać nie po to żeby symulować, udawać chęć podjęcia jakiegoś kompromisu, odpuszczenia dla dobra wspólnego, ale rozmawiać o Polsce. Spłaszczenie wyborczego wyniku ostudziłoby niektóre gorące głowy, zamknęłoby „jadowite usta”, ukróciło bezkarność i bezczelność tych, którzy akurat teraz są przy władzy, ale i tych którzy potencjalnie chcieliby po nią sięgnąć. Same korzyści…  

Już oczami wyobraźni widzę niektórych polityków, którzy rzeczywiście musieliby zdjąć swoje cztery litery ze swoich politycznych tronów i ruszyć się w stronę swoich konkurentów. Póki co, taki scenariusz w Polsce jest po prostu niemożliwy. W tej konfiguracji ktokolwiek wygra wybory prezydenckie w 2020 roku, niewiele to zmieni w istocie i filozofii działania i funkcjonowania polskiej sceny politycznej. Czekają nas więc kolejne lata ojczyźnianej wojenki. Ale być może jako wojowniczy naród my po prostu wojenki lubimy, choć nikt oficjalnie się do tego nigdy przecież nie przyzna. Była szansa na „spłaszczenie” i ogłoszenie kilku lat pokoju, ale niestety i tym razem z tej oferty jako naród nie skorzystaliśmy.

A to po części ściąga z polityków odpowiedzialność za trwający od wielu lat stan wojny polko-polskiej i przerzuca ją na obywateli-wyborców.   
 

 

Autor: 
Roman Chmielewski

Dodaj komentarz